Dziś będzie nieco moralizatorsko — ale, jak sądzę, w słusznej sprawie. Zbierajmy zioła odpowiedzialnie. Tylko… co to właściwie znaczy?
To jedno z tych zdań, które bardzo łatwo wypowiedzieć, a znacznie trudniej wypełnić treścią. „Odpowiedzialny zbiór” brzmi dobrze. Brzmi rozsądnie. Można je umieścić na plakacie, w poście, na slajdzie prezentacji albo w regulaminie warsztatów. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy stoimy w lesie, na łące, nad rowem, przy ścieżce albo na skraju młodnika i widzimy przed sobą roślinę, którą właśnie chcielibyśmy zabrać do domu.
Wtedy etyka przestaje być hasłem. Zaczyna być decyzją.
Choć temat jest aktualny przez cały rok, to właśnie od późnej wiosny do jesieni nabiera szczególnego znaczenia. Im więcej roślin wyłania się z ziemi, im więcej kwitnie, owocuje, pachnie i kusi, tym większa pokusa, by po nie sięgnąć. I nie ma w tym nic złego. Przeciwnie — korzystanie z roślin, rozpoznawanie ich, przygotowywanie z nich naparów, odwarów, maceratów, nalewek czy maści jest piękną częścią kontaktu z przyrodą. To jedna z tych umiejętności, które przywracają człowiekowi poczucie zakorzenienia w świecie.
Natura przypomina czasem wielki supermarket. Lubię tak o niej myśleć, choć oczywiście jest to supermarket dość osobliwy. Nie ma w nim kas, etykiet z kodem kreskowym ani promocji „dwa w cenie jednego”. Są za to liście, kwiaty, owoce, korzenie, kora, pączki, żywice i nasiona — a wokół nich cały kontekst: zapach, siedlisko, sąsiedztwo innych gatunków i subtelne wskazówki, bez których zbieracz widzi zaledwie fragment większej całości. Można tam znaleźć naprawdę wiele — trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać, kogo „zapytać” i, co najważniejsze, kiedy powiedzieć sobie: tego nie ruszam.
Bo właśnie w tym miejscu zaczyna się odpowiedzialność.
Wiele roślin ma ciekawe właściwości lecznicze, jadalne, przyprawowe czy użytkowe, ale część z nich jest objęta ochroną prawną. I tu sprawa jest prosta: takich roślin nie zbieramy. Nie „tylko troszeczkę”. Nie „bo przecież rośnie ich tu dużo”. Nie „bo babcia zbierała”. Nie „bo to do celów edukacyjnych”. Jeśli gatunek jest chroniony, nie wolno go pozyskiwać ze stanowisk naturalnych bez odpowiednich zezwoleń. Kropka.
Warto przy tym pamiętać, że ochrona prawna to tylko najgrubsza granica. To jest minimum, nie maksimum naszej odpowiedzialności. Fakt, że jakąś roślinę wolno zbierać, wcale nie znaczy jeszcze, że zawsze powinniśmy to robić. Prawo nie zastąpi rozsądku, doświadczenia i zwykłej przyzwoitości terenowej.
Potrzebujemy więc czegoś więcej niż znajomości listy gatunków chronionych. Potrzebujemy wewnętrznego kodeksu zbieracza. Nie po to, by stroić się w piórka lepszych ludzi, ale po to, by nasze zainteresowanie roślinami nie zamieniało się w ciche niszczenie miejsc, które tak bardzo cenimy. Jeśli chcemy, by za rok, za pięć lat i za dwadzieścia lat nadal było co pokazywać dzieciom, kursantom, znajomym i samym sobie, musimy nauczyć się brać mniej, niż moglibyśmy wziąć.
Jak się do tego zabrać?
Najprościej: zatrzymać się na chwilę przed zbiorem.
To bardzo niedoceniany moment. Widzimy roślinę, rozpoznajemy ją, cieszymy się, że jest — i odruchowo wyciągamy rękę. Tymczasem między rozpoznaniem a zerwaniem powinno pojawić się jeszcze jedno pytanie: czy naprawdę powinienem ją zabrać?
Najpierw trzeba upewnić się, że roślina nie jest objęta ochroną. To absolutna podstawa. Ale zaraz potem warto spojrzeć szerzej. Czy to pojedynczy okaz? Czy małe, kruche stanowisko? Czy roślina dopiero pojawiła się w danym miejscu? Czy rośnie na skraju ścieżki, gdzie i tak jest narażona na zadeptanie, czy może w głębi siedliska, którego lepiej nie naruszać?
Jeśli widzimy pojedynczą roślinę, najlepiej zostawić ją w spokoju. Być może to pionier, pierwszy przedstawiciel gatunku w tym miejscu, który dopiero zaczyna zasiedlać nowe stanowisko. Być może z jego nasion powstanie za kilka lat większa populacja. A być może nie — ale właśnie dlatego nie warto odbierać mu tej szansy.
Zbierajmy tylko z większych skupisk. I tylko tyle, ile rzeczywiście potrzebujemy. To druga zasada, niby oczywista, a jednak w praktyce bardzo często łamana. Kosz, torba czy wiadro działają na wyobraźnię. Skoro już przyszliśmy, skoro znaleźliśmy, skoro „jest tego dużo”, to człowiek łatwo zaczyna zbierać więcej, niż realnie wykorzysta. Potem część surowca pleśnieje, część zostaje źle wysuszona, część ląduje po roku w śmieciach, bo straciła zapach, barwę albo sens.
A przecież każda taka zmarnowana garść była kiedyś częścią żywej rośliny.
Nie zbierajmy wszystkiego z jednego miejsca. Nawet jeśli stanowisko wydaje się obfite. Roślina musi mieć możliwość dalszego wzrostu, kwitnienia, owocowania i odnowy. Musi zostać coś dla owadów, dla innych zwierząt, dla samego siedliska i dla ludzi, którzy przyjdą po nas. Dobry zbieracz nie zostawia po sobie pustki. Po dobrze wykonanym zbiorze osoba przechodząca później przez to miejsce najlepiej w ogóle nie powinna zauważyć, że ktoś tu był.
Ważna jest także zasada zmiany stanowisk. Jeśli widzimy, że ktoś już wcześniej zbierał w danym miejscu, nie poprawiajmy po nim. Nie dokładajmy kolejnej presji. Poszukajmy innego stanowiska albo odpuśćmy. Tak, to bywa niewygodne. Tak, czasem oznacza dłuższy spacer, mniej surowca albo powrót do domu z pustszym koszykiem. Ale to właśnie odróżnia zbiór od eksploatacji.
Ogromne znaczenie ma również pora zbioru i część rośliny, którą chcemy pozyskać. Roślina nie jest magazynem substancji czynnych ustawionym dla naszej wygody. Jej skład zmienia się w czasie. Inne związki dominują w młodych liściach, inne w kwiatach, inne w owocach, jeszcze inne w korzeniach czy kłączach. Jeśli zbieramy surowiec zielarski, powinniśmy wiedzieć, po co właściwie sięgamy.
Nie ma sensu wykopywać korzeni rośliny, gdy celem są kwitnące części nadziemne. Nie ma sensu zbierać przekwitłych kwiatów, jeśli potrzebujemy surowca kwiatowego. Nie ma sensu rwać całych pędów, jeśli wystarczy kilka liści albo pojedyncze kwiaty. To nie tylko kwestia jakości surowca. To także kwestia szacunku dla organizmu, z którego korzystamy.
Ile razy widziałem powyrywane pędy dziewanny, z których ktoś oberwał zaledwie kilka kwiatów, a całą resztę zostawił na ziemi. Ile razy widziałem połamane gałęzie, bo komuś łatwiej było sięgnąć po owoce albo liście. Ile razy widziałem rośliny wyrwane z korzeniami tylko dlatego, że ktoś nie miał noża, sekatora albo cierpliwości.
To są drobiazgi tylko pozornie. W rzeczywistości z takich drobiazgów składa się stan naszych stanowisk.
Dobry zbiór wymaga narzędzi. Nie zawsze wielu, ale odpowiednich. Mały nóż, sekator, rękawiczki, papierowe torby, przewiewny koszyk, notes albo telefon do zapisania lokalizacji i obserwacji — to nie są fanaberie. To element pracy. Roślina odcięta czysto ma większą szansę dalszego wzrostu niż roślina poszarpana, połamana czy wyrwana. Surowiec zebrany starannie ma większą wartość niż masa zielona zgnieciona w reklamówce.
Odpowiedzialność dotyczy też miejsca. Nie każde stanowisko nadaje się do zbioru, nawet jeśli roślina jest pospolita i prawidłowo rozpoznana. Pobocza ruchliwych dróg, okolice pól intensywnie opryskiwanych, nasypy kolejowe, tereny przemysłowe, miejsca wyprowadzania psów, rowy odprowadzające zanieczyszczenia — to nie są dobre źródła surowca zielarskiego. Roślina może wyglądać zdrowo, ale to jeszcze nie znaczy, że jest dobrym materiałem do wykorzystania.
Warto patrzeć nie tylko na gatunek, lecz także na siedlisko. To jedna z najważniejszych umiejętności terenowych. Roślina nigdy nie rośnie „w próżni”. Rośnie w konkretnym miejscu, wśród konkretnych sąsiadów, na określonej glebie, przy określonej wilgotności, świetle i historii użytkowania terenu. Kto widzi tylko roślinę, widzi za mało. Kto widzi siedlisko, zaczyna rozumieć, czy może sobie pozwolić na zbiór, czy powinien raczej schować nóż do kieszeni.
Jest jeszcze zadeptywanie — temat mało efektowny, ale bardzo praktyczny. Czasem niszczymy więcej stopami niż rękami. Wchodząc w gęste runo po jedną roślinę, łamiemy siewki, przygniatamy młode pędy, uszkadzamy gatunki, których nawet nie zauważyliśmy. Szczególnie łatwo o to w miejscach wilgotnych, na źródliskach, torfowiskach, w łęgach, wśród geofitów wiosennych albo na małych, izolowanych stanowiskach. Zanim wejdziemy głębiej, warto zadać sobie proste pytanie: czy zysk z tego zbioru jest wart szkody, którą mogę przy okazji wyrządzić?
Często nie jest.
Odpowiedzialny zbieracz powinien też umieć odpuścić. To chyba najtrudniejsza umiejętność, bo wymaga pokonania własnej zachłanności, a ta potrafi przybierać bardzo niewinne formy. „Jeszcze tylko trochę”. „Jeszcze na jedną porcję”. „Jeszcze dla znajomej”. „Jeszcze do zdjęcia”. „Jeszcze, bo nie wiadomo, kiedy znowu znajdę”.
Właśnie wiadomo. Znajdziemy, jeśli nie zniszczymy.
Nie chodzi o to, by popadać w przesadę i bać się dotknąć liścia. Człowiek jest częścią przyrody i ma prawo korzystać z jej zasobów. Ziołolecznictwo, kuchnia dzikich roślin, tradycyjne przetwórstwo, terenowa edukacja — to wszystko ma sens. Ale korzystanie nie jest tym samym co łupienie. Zbiór nie powinien przypominać akcji wydobywczej, po której zostaje pobojowisko. Powinien być raczej formą uważnego uczestnictwa w miejscu.
Uważność jest tu słowem kluczowym. Uważność na gatunek. Na stanowisko. Na liczbę roślin. Na fazę rozwoju. Na ślady wcześniejszego zbioru. Na owady. Na podłoże pod stopami. Na to, czy naprawdę potrzebujemy aż tyle. I na to, czy nasza obecność nie zostawi po sobie więcej szkody niż pożytku.
Niech więc zbieranie ziół nie będzie bezmyślnym wyciąganiem rąk po wszystko, co zielone, pachnące i użyteczne. Niech będzie praktyką wymagającą wiedzy, cierpliwości i pewnej skromności. Bo wbrew pozorom dobry zielarz to nie ten, który potrafi nazbierać najwięcej. Dobry zielarz to ten, który wie, kiedy zbierać, jak zbierać — i kiedy odejść z pustymi rękami.
Cokolwiek robimy w terenie, róbmy to z jak najmniejszą ingerencją. Zostawiajmy po sobie żywe stanowiska, nie ślady najazdu. Jeśli korzystamy z przyrody, róbmy to tak, by mogła się odnowić. Nie tylko dla nas. Także dla tych, którzy przyjdą po nas — ludzi, zwierząt, owadów i samych roślin.
Bo odpowiedzialne zbieranie ziół zaczyna się nie od koszyka, noża ani atlasu. Zaczyna się od prostego pytania:
czy to, co chcę zabrać, naprawdę powinno zostać zabrane?
